Nie pozwól by to, czego nie możesz zrobić, miało wpływ na to, co możesz zrobić.

John Wooden


Galeria Zdjęć Filmy Forum

News

TATRA ROAD RACE 2018

image

17.07.2018 23:48, Szatkowska Aleksandra
Ciężko jak w piekle – to motto bardzo prestiżowego wyścigu, jakim jest Tatra Road Race, który określany jest mianem najtrudniejszego amatorskiego wyścigu w Polsce. Po sobotnich zmaganiach możemy powiedzieć jedno w takim razie – w piekle rządzi Angelika!

Na zawodach zawodnicy stanęli przed wyborem między dwoma trasami – HARD-FUN (56 km w poziomie, 1570 m w pionie) oraz HELL-PRO (126 km w poziomie, 3570 m w pionie). Już same profile trasy mogą przyprawić o zawał, a szczególnie z trudniejszego dystansu. Próżno szukać płaskich odcinków, ciągle góra-dół i tak w kółko. Start i meta zawodów miała miejsce w Zakopanem, a trasy, jak sami organizatory zapewniali, a uczestnicy potwierdzają, prowadziły po bardzo malowniczych i widokowych terenach Tatr. Jednym zdaniem – piekło może być piękne, a przynajmniej te kolarskie.

To, że mamy w swoich szeregach najlepszą zawodniczkę w Polsce wie już chyba każdy, a Angelika w sobotę 14 lipca tylko udowodniła, że nie ma co do tego żadnych wątpliwości! Nasza złota (lub jak sama woli – różowa ;-) ) dziewczyna wygrała wszystko, co było do wygrania, poza premią Red Bull, bo… nie chciała lecieć samolotem i zwolniła! Nasza niesamowita i fantastyczna Angelika na dystansie HELL-PRO wykręciła przegenialny czas 04:47:29, czym zapewniła sobie zwycięstwo na wszystkich premiach górskich, zwycięstwo OPEN wśród wszystkich kobiet, zwycięstwo w swojej kategorii wiekowej K2 oraz wśród wszystkich 377 zawodników, którym udało się ukończyć wyścig, uplasowała się na fenomenalnym 123 miejscu! Drugą zawodniczką na mecie była Alina Myłka, która do Jas-Kółki straciła 1 minutę i 46 sekund, natomiast trzecia na trasie kobieta straciła jeszcze o 3 minuty więcej! Obie należały także do tej samej kategorii wiekowej. Jak sama Mistrzyni mówi – to był ogromny zaszczyt rywalizować z tak znakomitymi konkurentkami, a mijać na trasie Alinę Myłkę, to jakby minąć Petera Sagana. Na dodatek zwyciężczyni może pochwalić się pierwszorzędną prędkością średnią wynoszącą ponad 26 km/h, co na trasie o takich przewyższeniach jest naprawdę kosmicznym wyczynem!

O fantastycznym wyniku Angeliki świadczy także fakt, że na trasie tego dystansu z innych Jas-Kółek wyprzedził ją tylko Grzegorz Otfinowski. Otfin w końcu wskoczył w klubowe stroje i od razu, pomimo męczących go skurczów, uzyskał rewelacyjny czas 04:43:01, co dało mu bardzo wysokie 104 miejsce OPEN oraz 23 w kategorii wiekowej M4! Grzegorz także może pochwalić się mocną nogą, bo jego prędkość średnia wyniosła prawie 27 km/h!

Poniżej 5 godzin udało się zejść także Marcinowi Wróbel, który także debiutował w stroju Jas-Kółki i którego wspaniały czas 04:57:06 pozwolił zająć wysokie 159 miejsce OPEN oraz 73 w najsilniejszej kategorii wiekowej M3!

Bardzo wysokie miejsce w swojej kategorii wiekowej świetnym występem zdobył Marek Marszałek, któremu niewiele brakło do przełamania bariery 5 godzin i z czasem 05:00:49 zajął 9 miejsce w kategorii M5 oraz 172 miejsce OPEN!

Bardzo dobry wynik wykręcił także Zbigniew Bieryt, który swoim czasem 05:04:17 zapewnił sobie miejsce w pierwszej połowie stawki i zajął 188 miejsce OPEN oraz 53 w kategorii wiekowej M3.

Nazwa dystansu HELL-PRO nie kłamie, ponieważ aż 79 kolarzy nie zdołało ukończyć wyścigu.

 

Wśród 471 zawodników, którym udało się dojechać do mety na krótszym dystansie znalazło się także dwóch naszych zawodników.

Świetnie spisał się Sebastian Matuszak, który przyjechał w pierwszej połowie stawki i z czasem 02:13:45 ulokował się na 183 miejscu OPEN oraz 52 w kategorii M4.

A nasz drugi zawodnik Dariusz Potoniec również sprawnie przejechał dystans i z czasem 02:23:43 uplasował się na 278 lokacie OPEN oraz 72 w kategorii M4.

Krótszy dystans także do łatwych nie należał, a świadczy o tym fakt, że aż 73 startujących nie dojechało do mety.

 

Na dodatek w klasyfikacji drużynowej, liczonej na podstawie sumy kilometrów oraz sumy czasów zawodników, zajęliśmy 9 miejsce, co jest naprawdę niewiarygodnie wysokim miejscem, ponieważ mieliśmy zaledwie 7 zawodników, którzy łącznie pokonali dystans 728 km. Dla porównania zwycięzcy drużynówki mieli 34 zawodników, a ich łączny dystans wyniósł 2466 km. Miejsce w pierwszej dziesiątce zawodników to naprawdę duży sukces teamu!

Bardzo serdecznie gratulujemy kolejnego zwycięstwa w sezonie naszej Mistrzyni! Ta dziewczyna z każdym występem pnie się wyżej w klasyfikacji OPEN, bo wśród kobiet już od początku sezonu jest absolutnym numerem jeden! Angelika nie pozostawia wątpliwości, że nie ma na nią mocnych i nie ma dla niej celu, którego nie jest w stanie osiągnąć! Przeszła przez kolarskie piekło i nie pozostawiła po nim nawet okruszka, bo pokonała nie tylko rywalki, ale z pewnością pokonała Tatry! Ciągle zbieramy szczęki z podłogi i wręcz boimy się, co przywiezie z następnych zawodów, bo jak tak dalej pójdzie, to do końca sezonu przywiezie ze sobą zwycięstwo OPEN ;-).

Gorąco bijemy brawa także dla męskiej części drużyny, która doskonale poradziła sobie z trasą zawodów i którzy również dali nam wiele powodów do dumy i radości!

Dziękujemy, że nasi zawodnicy tak genialnie nas reprezentują na małopolskich ziemiach i życzymy kolejnych zwycięstw i kolejnych sukcesów w nadchodzących zawodach kolarskich! A ten sezon niech się nigdy nie kończy, bo z każdych zawodów przywozimy pudło!

Komentarze

18.07.2018 18:08:35,Młynek Andrzej

Brawa, gratulacje, to wszystko za małe słowa, żeby oddać, to co każda Jas-Kółka myśli, czuje. Rozpiera nas ogromna duma, radość, że mamy takich zawodników w swoich szeregach, a Angelika jest najlepszą zawodniczką wśród amatorów; ukłony wielkie.

18.07.2018 18:35:22,Rygała Dominik

Gratulacje dla Was, piękny wyścig i piękne wyniki. Angela tobie to już mało kto dorówna ;). Wielkie gratulacje. Słowa uznania dla Oli za super relację z wyścigu, ładnie się to czyta.

18.07.2018 22:29:57,Rygała Agnieszka

Gratulacje dla Wszystkich uczestników !! Angela co ja kobieto mam tutaj napisać...już sama nie wiem bo faktycznie brakuje już słów by opisać Twoje niesamowite poczynania. Gratuluję Ci i wiem, że nie ma na Ciebie mocnych!!!

19.07.2018 09:17:13,Młynek Andrzej

Angelika pozwól nam potrenować trochę z Tobą, przynajmniej na jakimś luźniejszym Twoim treningu, żebyśmy mogli nacieszyć się Twoim towarzystwem, bo na wyścigach widzimy Cię tylko na starcie.

19.07.2018 09:23:40,Otfinowski Grzegorz

Przeżyjcie to razem ze mną!!! Rok temu czytając relację z Tatry naszej mistrzyni , myśl taka przez głowę mi przeleciała ,że ja też tam chciałabym być . No i jestem ! Na Pętli ustaliłem szczegóły wyjazdu . Jedziemy. Ja z Sebą popołudniu, Daruś , Zbyszek i Marek przed . Tuż po 19 meldujemy się u "Zosi" znanej z majowego pobytu . Kolacja , w tym czasie chłopaki wrócili z treningu , przywitanie , odebranie pakietu od Darka i aplikacje pogodowe poszły w ruch. Deszcze ,zimno,tu okienko tam pochmurno, w praniu pogoda była dobra , chociaż nie wszyscy mieli szczęście i ich solidnie zmoczyło.

19.07.2018 09:47:20,Otfinowski Grzegorz

Góry ,esencja kolarstwa. Moje pragnienie jazdy po górach jest tak wielkie , że wolę męcząc się je zdobywać niż na luzaku zjeżdżać. Każdy jeżdżący dużo po górach , zwłaszcza w zawodach gdy jest mu ciężko i z przyjemności robi się cierpienie , różne myśli chodzą po głowie a zwłaszcza takie "po co mi to k._._ było" . Ta myśl towarzyszyła mi na ostatnich 30 km. Człowiek jest tak skonstruowany , że chociażby niewiadomo jakie schody przed nim postawią, mury wybudują , jak tylko będzie chciał, wróci i pokona wszystko !

19.07.2018 11:13:33,Otfinowski Grzegorz

Ja również po przekroczeniu kreski , wiedziałem że jak będzie to tylko możliwe za rok wrócę. Tatrzańskie podjazdy poznawałem na obozie w Bukowinie. Dały dużo do myślenia na temat tego co mnie tu czeka . Rano szaro i deszczowo. Wyjechaliśmy za późno,korki w Zakopcu i na parkingu o 10.30 a 10.55 zamykają sektory na starcie do długiego dystansu. Pomachałem Angeli i Marcinowi i 5 km rozgrzewki. 10.50 podjeżdżam pod sektory , w życiu takich tłumów nie widziałem ponad 400 luda a każdy wyglądał jak półtora harpagana. Wpuścili do ostatniego 4 sektora , chmury wisiały ciężkie ,pelerynę zostawiłem w aucie ; Nie będzie mi zasłaniała barw ciężko wyszarpanego stroju. Siostry i bracia jest GENIALNY , leży na mnie jak druga skóra. Te barwy,krój,materiał super. Ja tej pani z Vtesse już wybaczam i sorry ,że chciałem tam czołgiem jechać ! Dla Prezesa jeszcze większe sorry że się musiał nasłuchać !

19.07.2018 11:53:14,Sojecki Paweł

Wielkie Wielkie gratulacje dla wszystkich, Angelika jesteś niesamowita !!

19.07.2018 12:16:15,Otfinowski Grzegorz

Start . No to pełna kita. 400 przedemną a ja slalomem szukam swego miejsca. Jeszcze na Kościeliskiej dogoniłem Zbysia a po skręcie na Butorowy Marka. Przed szczytem dogoniłem Angelę i Marcina i sru na dół._._ I tutaj moja przygoda mogła się przedwcześnie zakończyć . Na zjeździe trochę mnie poniosło i przy ponad 60 h krzyczę do gościa prawa wolna i się tam pakuję , a kolega lewą puszcza i też do prawej,myślałem że już po nas. Zostało z pół metra pobocza wątpliwej jakości , wciskając się tam siłą rzeczy musiałem bodiczkiem wywalczyć sobie przestrzeń. Kolegę odbiło w lewo a ja dostałem takich turbulencji ,że już się widziałem na przydrożnym drzewie. Cud żeśmy z tego wyszli cało. Przeprosiłem i klnąc w duchu na siebie cisnę dalej. Taka jazda na pętlach przy takiej ilości startujących powoduje , że nie grozi samotna jazda na czas. Piękna sprawa, w tak dynamicznym wyścigu w życiu nie jechałem . Po pierwsze gór-dół . Non stop. Zjazdy karkołomne zwłaszcza w końcówce i to co najpiękniejsze rywalizacja. To po drugie . Cały czas z kimś się ścigałeś,tyle grupek , grupeczek nigdy nie widziałem , zawsze ktoś był obok mnie. Bachledówka daje popalić ale to jest 20% przez kilkaset metrów. Bufet na szczycie jak z bajki . Na takim poziomie bufetu w życiu nie widziałem . Mogłem zjeść i napić przejeżdżając przez niego . Bajka !!!

19.07.2018 13:12:00,Otfinowski Grzegorz

Pitoniówka , fest franca . Najpierw 2 km przez las na kilku % a wyjeżdżając z lasu widzisz górę do samiuśkiego nieba. Na trzech zakrętach kilometr chyba też ponad 15% ! Kopara mi opadła , jakie "atrakcje " nam jeszcze przygotowali ? Jedna rzecz wzruszyła mnie do łez . Jestem wielkim miłośnikiem kultury i folkloru góralskiego i wyobraźcie sobie na szczycie Pitoniówki kiedy cały wrzesz wyciskjąc ostatnie waty , grała kapela która utylizowała zmęczenie powodując , że przez łzy śmiałem się ! I tak w bajkowej scenerii Otfin parł do przodu. Widoki genialne , chociaż ciężkie chmury wisiały i nie dawały spokoju, udało nawiązać się krótką konwersację z kolegami na temat atmosfery wyścigu i komu więcej się wódki chłodzi w lodówce ! Pełen optymizmu cisnę dalej , noga podaje nieźle , nikt mnie nie mija , jest pięknie i radośnie aż do trzeciego podjazdu pod Bachledówkę. 5 km wcześniej czuję nadchodzące kurcze,piję magnez i próbuję rozkręcać stojąc w pedałach. Było coraz gorzej , w zasadzie aż do mety jechałem na stojąco, na zjazdach również . Tych ,których dawno wyprzedziłem teraz mnie na luzaku mijali . Ale nie to jest najgorsze ! Miałem energie , zapas sił ale nic nie mogłem z tym zrobić . Gdy próbowałem przyśpieszyć , kurcz atakował obydwie nogi . Cholernie frustrująca sytuacja .

19.07.2018 14:10:23,Otfinowski Grzegorz

A żeby dowalić do pieca spadł mi dwa razy łańcuch. Ogranicznik nie zadziałał i z patelni na korbę mi leciał , ale tutaj za dużych strat nie było bo to się działo na początku zjazdów. Na zjeździe z Butorowego gdy zakładałem łańcuch kilku mnie minęło, goniłem ale nie dogoniłem. Na mecie doping Seby , chwila oddechu ,medal, napój , wpadła jak błyskawica na metę nasza mistrzyni, rozmowa z Sebą i udałem się na rozjazd dopingując pozostałych naszych bochaterów . Później sprawdzając wyniki , tych których mijałem zostawiając daleko z tyłu, a mnie wyprzedzili gdy kurcze mnie sponiewierały , zajeli miejsca 70-80 . Tyle mogłem ugrać z czasem ok .10 minut lepszym. Mój trzeci ambitny cel , bo dwa pierwsze nigdy się nie zmienią , to był pierwsza 100 i czas poniżej 4.30 h . Setka pękła by bez problemu gdyby nie opisane wyżej przypadłości . Bariera czasowa - ciężko . Powrót do hotelu, Daruś na termy a reszta przystąpiła do jakże zasłużonej regeneracji !!! Odwiedziny Angeli i Marcina i powspominanie zawodów urozmaiciły wieczór ! Na drugi dzień , bardzo wczesnym porankiem udaliśmy się na wyczerpujący rozjazd ( to dla wiadomości szanownego Prezesa ) i ok południa do domu . Podsumowując . Nigdy nie startowałem w lepszym wyścigu !!! Jest najlepszy pod każdym względem , każdym ! Jeśli chodzi o poziom, to chyba startowała elita kolarstwa amatorskiego w Polsce . Takie GMP amatorów ! To są nadharpagany i gdzie mi tam do nich. Takie chudziaki , że od nas tylko Piotruś i Grelu mogliby zamieszać w czołówce . Moje miejsce jest pod koniec 100 i na tyle ewentualnie było mnie stać .

19.07.2018 14:27:00,Młynek Andrzej

Piękny opis, Otfin. Trochę wyścigów musieliśmy czekać na Twój talent autorski, ale warto było. Oli nawet musiałem się tłumaczyć, dlaczego nie piszesz, a teraz chyba już będzie nasza niezastąpiona redaktorka zadowolona. Brawa jeszcze raz dla Was wszystkich startujących. Może za rok powalczymy o drużynówce na tej imprezie? Jeszcze parę takich relacji i na pewno zachęcicie resztę Jas-Kółek do startu w TRR.

19.07.2018 15:19:24,Otfinowski Grzegorz

Uwielbiam góry ale niekoniecznie tak strome . Długie podjazdy do 10 % to jest to co jest adekwatne do mojej wagi aktualnej ok 75-76 kg, mocy i przełożeń jakie posiadam w Czarnuli. Na większych stromiznach jest to u mnie brutalne przepychanie z kadencją ok 40-50 . Dla moich kolan to nie jest wesołe. Zawsze podjeżdżam z większą kadencją i jak najmniej na stojąco , tutaj nie było o tym mowy . Nie jeżdżę z miernikiem mocy , nie mam żadnych progów tlenowych ani żadnego programu treningowego . Nie stosuję żadnej diety i jeżdżę po prostu teraz z dnia na dzień . Trening typowo usystematyzowany na siłę i wytrzymałość skończyłem w połowie kwietnia. Czasem robię interwały na ulubionej pętli w Skrzyszowie lub pod Terlickiem . Dużo jeżdżę po górach i tu mam największą radość . Nie chcę dać się zamknąć w schematy , progi ,waty i diety bo mógłbym stracić coś piękniejszego niż wynik -Przygodę życia jakie daje mi pedałowanie . Jeżdżę gdzie chcę i kiedy chcę . Oczywiście pilnuję podstaw jak regeneracja , rozjazdy, rozgrzewka , rozciąganie , jakieś tam w miarę rozsądne odżywianie , ćwiczeń stabilizcyjnych . Bez tego tyle ile teraz przekręcam miesięcznie ( śr od kwietnia włącznie ok 2200 każdego miesiąca ) daleko nie zajadę . Nawadnianie (wodą) picie izotoników ( tych właściwych ) i magnez , pozwolą na pełną radość z jazdy . Dzięki za wspaniałą jazdę , myślę że każdy z nas przeżył coś nowego i pięknego . Osobne graty oczywiście dla naszej mistrzyni, cześć i chwała za wyniki , bo nie ma lepszej w Polsce od Angeliki !!! Mój kolejny start w KK i jestem dobrej myśli. Otfin bardzo zadowolony pozdrawia wszystkich zakręconych. Ps: Ale garniturek mam teraz elegancki, jest w dechę !!!

19.07.2018 19:10:51,Matuszak Sebastian

Zgadzam się, Otfin pięknie opisał całą wyprawę na Tatra Road Race 2018 i jestem szczęśliwy, że tam byłem i zakosztowałem tych wrażeń w „pigułce”. W tym roku z obawy czy dam radę, czy podołam, czy nogi będą słuchać głowy albo odwrotnie, głowa sobie czegoś nie wymyśli i zabroni nogom działać - wybrałem dystans HARD-Fun. Dzisiaj wiem, że w przyszłym roku przejadę przez to piekło i zaliczę dystans HELL-Pro. Już nie będę powtarzać opisu na temat przygotowań, dojazdu na start, tłoku na ulicach i parkingach, bo Grzegorz o tym napisał. Po wyszukaniu miejsca dla Mondziaka szybko trzeba było sprzęt wystawić, buty i ochraniacze na nogi, bidony w koszyki i na rozgrzewkę. Przejechałem kilka km w kierunku Butorowego i powrót na start. Tam na czele stawki dystansu HELL-Pro dojrzałem Angelikę, którą pozdrowiłem „łapką w górę” i skierowałem się na ostatni sektor. Zamykano sektory, zawodnicy z HELL-Pro mieli 5 min do startu. Chłonąłem wydarzenia jak gąbka wodę, a tej mogło nie zabraknąć, bo chmury granatowe przewijały się nad głowami przepuszczając od czasu do czasu promienie słońca. W miasteczku zawodów dookoła stoiska dostawców sprzętu odżywek, nawet było stoisko Zwift’a, którego wtedy nie zauważyłem. I poszli, wystartowali na piekielny dystans, teraz my będziemy ustawiać się w sektorach, podjechał do mnie Darek i zaczęliśmy przesuwać się do przodu, wtedy zauważyłem opisy sektorów. Wycofałem się na początek ostatniego IV sektora i zaczęło się oczekiwanie na nasz start. Atmosfera dookoła była super, nikt się nie przeciskał na początek sektora, twarze dookoła skupione ale pogodne. Porozmawiałem przez telefon z Renią dla rozładowania stresu, bo stres był, zawsze jest, bo bez niego to wszystko nie miałoby sensu, nie byłoby adrenalinki. Zamykają sektory, 5 min do startu, przesunęliśmy się wszyscy do przodu, tak że znalazłem się na początku III sektora, koledze obok spadł łańcuch i nerwowo zaczął go zakładać, na twarzach dookoła pojawiło się jakby wyraźniejsze skupienie i koncentracja. Odliczanie i start, ruszyliśmy spokojnie, bez przeciskania się na złamanie karku, po wyjeździe na główną drogę w kierunku Butorowego zacząłem spokojnie ale coraz mocniej mijając kolejnych zawodników i tak łapiąc kółko gościa, który - pomyślałem jedzie odpowiadającym mi tempem, przesuwaliśmy się do przodu. Na zakręcie w prawo doszedłem Darka, wymiana kilku słów i pojechałem dalej. Po skręcie na Butorowy zaczął się pierwszy podjazd, jechało mi się dobrze, tempo mocne tak na progu. Przed podjazdem zapomniałem sobie łyknąć z bidonu i strasznie mi zaschło w gardle, ale teraz trzeba kręcić a nie pić, napije się na zjeździe. Tak też zrobiłem, zjazd do Gruszki i w prawo podjazd na naszą jedną rundę, czuję się dobrze, noga kręci. Na górze przejazd przez Szeligowski Wierch cisnę ile wlezie, wyprzedzam co raz to kolejnych zawodników, dołączam do grupki zawodników, skręt w prawo i zjazd do Ratułów. A tam dopada mnie zaćmienie, wychodzi brak doświadczenia, schodząc ze zmiany zobaczyłem na sztycach zawodników niskie nr i od razu myśl, „gdzieś źle skręciłem? Znalazłem się na HELL-Pro”. I co zrobiłem, jak ten żółtodziób – zatrzymałem się. Jak zatrybiłem, że popełniłem błąd, dwie grupki mnie wyprzedziły. Jaki ja byłem wściekły na siebie, ale cóż trzeba jechać dalej. W Ratułowie Dolnym skojarzyłem trasę z obozu, jechaliśmy nią na Ząb, teraz wiedziałem, ze dobrze jadę i nic już nie pomylę. Skręt w prawo na Podgród i jedziemy w kierunku Zęba, po drodze w prawo podjazd na Bachledówkę. Tam z moją wagą i przełożeniami (36/28) bolało, mogłem popatrzeć i pomarzyć tylko jak kolega obok kręci z kadencją 70/75, ja przepychałem - ale byle do przodu, nie dam się tej górce. Na górze nagroda, bufet jakiego trudno szukać na innych wyścigach, woda, bidony, banany i arbuzy, obsługa rozstawiona w taki sposób, że każdy mógł skorzystać z tych wszystkich dobrodziejstw bez zatrzymywania się – wspaniałe. Po posileniu się banankiem jedziemy dalej na Ząb, potem zjazd, skręcamy ostro w lewo i wspinaczka w kierunku Gruszków Wierch, tam też przepychanie - licznik pokazał prawie 20% nachylenia, boli ale do przodu. Na górze na wysokości Dudkówki zaczęło solidnie padać, mnie jednak to nie wzrusza, bo mam zajefajne klubowe ochraniacze na buty i nie czuje w nich wody. Za parę kilometrów wyjechaliśmy z deszczu, muszę wspomnieć, że mieliśmy tam solidny boczny wiatr i potrafiło rowerem szarpnąć. Przejeżdzamy Zoki - skręt w lewo i zjazd, trzeba złapać oddech, w miejscowości Za Grapą ostro w lewo i krótki podjazd przez Ostrysz, średnio chyba z 10%, noga boli ale wiem, że to już przedostatni. Potem zjazd do głównej i skręcamy w lewo na ostatnią wspinaczkę na Butorowy. Kolejny posiłek, łyk z bidonu aby w gardle nie zaschło i wspinaczka, ostatni wysiłek na ten dzień. U góry uczucie szczęścia i satysfakcji, bo wiem, że do mety już właściwie z górki. Na zjeździe sucho więc jadę ile mogę, kolega siedzi mi na kole ale mam to gdzieś, niech korzysta. Na głównej drodze przed skrętem w lewo na metę duży ruch, mnóstwo samochodów - tworzą się korki, bo jeden chce skręcić w lewo, a z naprzeciwka też sznurek aut. Moim zdaniem było to niebezpieczne i to jest jedyne zastrzeżenie do organizacji wyścigu. No ale doskoczyłem wreszcie do tego zakrętu w lewo, do mety 300 metrów i pod koniec robi się 9%, kolega siedzący mi wcześniej na kole przeleciał koło mnie jak pocisk z kałacha, ja dawałem z siebie co miałem. Wjechałem na metę, łapałem oddech a piękna hostessa założyła mi pamiątkowy medal na szyję i pogratulowała, poczułem się jak zwycięzca – niesamowite.
Potem kilka kawałków arbuza, kubeczków izotoniku i wody, chwila na leżaczku. Podszedł Darek i usiadł obok, krótka wymiana zdań i trzeba było uciekać do samochodu, bo solidnie się rozpadało. Tutaj po raz kolejny mogę pochwalić klubowe ciuchy, kurtka WarmPack i ochraniacze na buty sprawiły, że do auta właziłem w suchych butach i koszulce. Przebrałem się, w międzyczasie przestało padać i wyszło słoneczko, wrzuciłem rower do auta i poszedłem na metę dopingować naszych harpaganów z HELL-Pro. Pierwszy wpadł wykończony Otfin, darłem się przeraźliwie, bo na plecach miał trzech kolejnych zawodników a widziałem, że przed kreską zwalnia – jest, chyba przejechał metę przed nimi. Pogadaliśmy chwilę, Otfin pojechał na rozjazd, a ja czekam dalej. Jedzie nasza Mistrzyni Angela, znowu z mojego gardła leciały okrzyki a wszyscy dookoła klaskali ile wlezie, przejechała kreskę, wiedziałem że jest zwycięstwo dla Jas-Kółki, wspaniały wynik. Potem wpadali na linię mety kolejno Marcin, Marek i Zbyszek, niesamowite wrażenia.
Bardzo mocno gratuluję Angeli zwycięstwa w tak ciężkim wyścigu na tym piekielnym dystansie, mega wyczyn. Gratuluję chłopakom osiągniętych wyników, niezależnie od czasów i miejsc jakie zajęliście ukończenie tego wyścigu to zwycięstwo, a przeżyć i wrażeń nikt nam nie odbierze.

21.07.2018 01:49:35,Jaworek Wojciech

Co tu pisać? Wielkie brawa i gratulacje dla wszystkich.

21.07.2018 08:46:37,Pokora Jarosław

Gratuluję zwyciężczyni, gratuluję tym co walczyli i tym co pojechali po przygodę.

21.07.2018 21:48:09,Angelika Tlołka

Bardzo dziękuję wszystkim za gratulacje i również gratuluję wszystkim startującym osiągniętych wyników! Dla mnie Tatra Road Race na dystansie HARD-PRO , był absolutnym numerem jeden, jeśli chodzi o starty w tym roku. Przygotowywałam się do niego 9 miesięcy, a ostatnie 3 tygodnie to już był totalny hardcore jeśli chodzi o treningi. Wszystko było podporządkowane właśnie temu startowi. Wiedziałam co mnie czeka także tutaj nie było ani wymówek, ani litości. Niestety dwa dni wcześniej w pracy spadł mi na nogę bardzo ciężki młot. Oczywiście duży palec spuchnął i bolał niemiłosiernie. Do buta kolarskiego nogi nie dało się włożyć. Chciałam z tego powodu przepisać się nawet na krótki dystans, ale dowiedziałam się, że nie ma takiej opcji bo wygrałam OPEN krótki i każdy kolejny mój start w TRR musi być już na dystansie długim. No to trudno trzeba zacisnąć zęby i do przodu. Po wielu miesiącach przygotowań w końcu nadszedł ten dzień ! Odebraliśmy numery i pakiety startowe. Patrzę - numer 1083, powiedziałam do Marcina: „ Jedynka z przodu u mnie dobrze wróży”, na co Marcin uśmiechnął się i rzekł: „zobaczymy czy tym razem”. No tak, bo z tak trudną trasą nie miałam do tej pory styczności. W pakietach była mapka z profilem trasy i jak na to spojrzałam to dopiero zdałam sobie sprawę z tego, jak będzie ciężko. Wcale się nie dziwię, że wyścig ten nosi miano „Hard as Hell – ciężko jak w piekle” – w tym zdaniu nie ma nawet odrobiny przesady. Dziwne było natomiast to, że przed startem nie towarzyszył mi nawet gram stresu (Marcin jest świadkiem) i to już był bardzo duży plus, ponieważ stres mnie dekocentruje. Niestety wszędzie mówili o opadach na ten dzień i tego bałam się najbardziej bo w deszczu, jak wiecie, wyścig staje się jeszcze trudniejszy. Na szczęście żadne prognozy się nie sprawdziły ! Rozgrzewając się przed startem, a właściwie kończąc już rozjazd zauważyłam swoją największą konkurentkę na tym piekielnie trudnym dystansie i zdecydowaną faworytkę do zwycięstwa – przesympatyczną Alinę Myłkę. Serce mocniej zabiło z całą pewnością bo wiedziałam, że mam do czynienia z zawodniczką wysokiej klasy, która w dodatku wygrała dwie poprzednie edycje. Jednak musiałam się opanować i skoncentrować nad sobą. Wiedziałam, że z mojej strony niemożliwe było lepiej się przygotować do tego wyścigu, ponieważ plan treningowy przez ostatnie 9 miesięcy zrealizowałam w 100% bez żadnego „ale”. Podjechałam więc pod start i ustawiłam się w kolejce do sektora numer 1, który to został mi automatycznie przyznany, ponieważ wygrałam OPEN dystans FUN w roku ubiegłym. Pani Kinga Szafraniec wyczytała moje nazwisko i ustawiłam się tuż za linią startu. Za kilkanaście minut podjechała Alina, do której zawołałam: „Powodzenia!”, usłyszałam od niej: „Wzajemnie” i już wtedy włączyła mi się pełna koncentracja. Zaczęło się odliczanie i w końcu ruszyliśmy ! Myślałam, że na tym długim dystansie tempo będzie spokojniejsze niż na tym FUN, a nawet byłam tego pewna. Jednak nie macie pojęcia jak bardzo się myliłam. Ogień od startu! Patrzyłam tylko na Alinę , jechała blisko mnie. Pierwszy podjazd na Butorowy Wierch. Alina poooooszła! Traciłam ją z oczu w zastraszającym tempie. Odjechała mi tam na jakieś 30 metrów! Mogłam ją gonić, ale postanowiłam trzymać swoje tempo, żeby się nie ujechać na pierwszym podjeździe. No i jadąc tym swoim tempem po jakimś czasie zauważyłam, że ta przewaga względem niej bardzo maleje i już za parę chwil mijam ją i buduję pierwszą, ale jakże istotną przewagę! Jednak to było dopiero jakieś 6 km wyścigu. więc gdzie tam jeszcze do końca! Przyznam, że ten podjazd był dla mnie katorgą… marzyłam o zjeździe. W końcu wydrapałam się na szczyt i rozpoczął się zjazd. Przez kilkadziesiąt kilometrów jechał ze mną Marcin, który w pewnym momencie poinformował mnie, że strasznie boli go żołądek i w dodatku czuje, że zaraz zaczną łapać go skurcze. Dałam mu swój magnez, ale na żołądek nic niestety nie miałam. Wiem jak fatalnie musiał się czuć, bo przerabiałam to na NTRC, ale nie potrafiłam mu pomóc... :(

21.07.2018 21:48:46,Angelika Tlołka

Cały czas prowadziłam, aż tutaj nagle na 90 km Marcin poinformował mnie krótko: „Angela masz koleżankę za sobą, dalej jedziesz sama a mną się nie przejmuj”. W pewnym momencie słyszę damski oddech na plecach. Nawet się nie odwracałam, bo już wiedziałam kto to jest. Mówię do Aliny: „ Czekałam, aż mnie dojedziesz”. No i od tego momentu rozpoczęło się ponad 30 km absolutnie zaciętej walki o zwycięstwo. W pewnym momencie słyszę, że Alina prosi kogoś o łyk wody z bidonu, bo się jej skończyła. Odwracam się zatem do niej i podaję jej swój bidon, ale ona nie chce i dał jej ktoś inny. Po kilkunastu kilometrach znowu ta sama sytuacja, więc ja ponownie podaję jej swój bidon i też odmawia. Na mecie sprawa się wyjaśniła, co napiszę później. No i lecimy dalej. Jechało mi się pięknie, a wręcz cudownie. Podjazdy były strasznie sztywne, sięgające ponad 20% i to na nich urywałam Alinę, ale ona mimo, że zostawała te kilka – kilkadziesiąt metrów na podjeździe to za kilka chwil mnie dojeżdżała. Myślę sobie : „Jak ona to robi?” Zrozumiałam wtedy, że trafił swój na swego. Bardzo mocna psychicznie i świetnie przygotowana nie odpuszczała i wiedziałam, że nie odpuści do końca. To dosłownie taka moja kopia charakteru kolarskiego i uwierzcie mi, że ciężko się rywalizuje z kimś takim, kto jest tak samo uparty w dążeniu do celu. Historia powtarzała się jeszcze wielokrotnie na każdym z podjazdów i nie szło jej urwać, aż w końcu mówię sobie: „No nie, albo teraz albo nigdy!” Został mi już bowiem tylko strasznie sztywny i trudny podjazd z premią Red Bull na szczycie i potem już tylko „łagodny” (biorąc pod uwagę wszystkie wcześniejsze), podjazd pod Butorowy. No i ruszyłam ! Jednak przed szczytem troszkę zwolniłam, żeby nie wygrać premii, bo nie chciałam lecieć samolotem zwyczajnie ze strachu przed takim extreme wydarzeniem. No, ale potem to już szłam absolutnie na maxa! Przewaga się powiększała, a ja jechałam coraz szybciej bo poczułam, że mogę naprawdę wygrać ten wyścig. Na szczycie Butorowego wiedziałam, że do mety jest już praktycznie tylko zjazd 4 km. Pędziłam jak szalona ciesząc się już w duchu wygraną! Dojeżdżając do mety pod Hotelem Mercury słyszę niesamowity aplauz i brawa publiczności oraz jakieś okrzyki: „Brawo Angela !” Niesamowite przeżycie ! Naprawdę czułam się jak zawodniczka Pro-tourowa! Będąc bliżej linii mety słyszę komentatora: „Jedzie coś różowego, chyba wiemy kto to – TAK ! To Jaskółka!”. Przekraczam linię mety i… padam. Stoczyłam niesamowitą walkę o zwycięstwo, kosztowało mnie to sporo wysiłku. Oczywiście byłam przeszczęśliwa, ale nie wierzyłam jeszcze, że to się dzieje naprawdę! Moje przygotowania, wyrzeczenia i wiele, naprawdę wiele ciężkiej pracy zaowocowały! Siedzę chwilę, ale wstaję. Wstaję, żeby powitać na mecie dosłownie ze łzami w oczach tą wspaniałą, jedyną i nieprawdopodobnie mocną zawodniczkę - Alinę Myłkę! Przytulam ją tuż za linią mety, dziękując za najpiękniejszy wyścig w moim życiu, za motywator i piękną rywalizację! Dzięki niej ten wyścig miał pazur, a motto „Hard as Hell – ciężko jak w piekle”, odczułam na własnej skórze. W końcu pytam ją: „Ala, dlaczego nie chciałaś mojego bidonu?” Na co ona mi odpowiedziała: „Angela byłaś moją konkurentką, nie chciałam brać picia od Ciebie, żeby Tobie starczyło i Ci nie brakło przeze mnie”. Zszokowała mnie jej wypowiedź. Jakiej to trzeba być wysokiej klasy zawodniczką, żeby w takiej sytuacji pomyśleć jeszcze z troską o mnie! Alina WIELKI, WIELKI szacunek! Jestem pod wrażeniem Twojej osoby! Mam nadzieję, że nie obrazisz się jeśli powiem, że Nasz poziom jest wyrównany tylko tego dnia akurat ja okazałam się być troszkę lepsza. Ponadto miejsca ty tylko liczby. Dla mnie wszyscy, a szczególnie dziewczyny , które startowały na tym piekielnie trudnym dystansie HARD-PRO są zwycięzcami ! Dziewczyny trzeba mieć naprawdę „jaja”, żeby się z tym dystansem zmierzyć. Później odebrałam gratulacje od chłopaków z drużyny i rozpoczęła się dekoracja pod fantastyczną oprawą ! Wygrałam wszystko, co było do wygrania, a z podium praktycznie nie schodziłam bo ciągle byłam proszona. Premia za premią moja! Dodam, że na takiej premii liczył się czas całkowity podjazdu, nie kto zwycięży na kresce, lecz ten który w najkrótszym czasie pokona dany podjazd. Największy stres miałam jak dekorowali premię Red Bulla, ale mój plan się powiódł! Premię wygrała inna dziewczyna. Dziękuję naszym chłopakom za dzielną walkę, dzięki której zdobyliśmy wysokie miejsce w drużynówce! Brawo ! Dziękuję też za bardzo miłe spotkanie na Waszej kwaterze, gdzie porozmawialiśmy o emocjach, które każdemu z Was towarzyszyły po wyścigu.

21.07.2018 21:49:19,Angelika Tlołka

W zeszłym roku byłam zachwycona po TRR, w tym jestem ZAKOCHANA w tej imprezie kolarskiej. NIE MA powtarzam NIE MA lepszej imprezy ! Po prostu takiej nie ma i wątpię, że kiedykolwiek będzie taka w Polsce. To, jak ten wyścig jest zorganizowany to po prostu kapitalna sprawa. Bufety na medal, trasa KOSMICZNIE TRUDNA, ale jakże wspaniale ułożona. Kolejnym FENOMENEM to organizatorzy. No takie uśmiechnięte buzie, ludzie którzy nie robią tego z przymusu, ale dla NAS . Oni cieszą się razem z nami i ciągle się uśmiechają. Mnie już znają. Wchodzimy do biura zawodów z Marcinem dzień wcześniej i wszyscy do mnie mówią „dzień dobry, jak się czuję?”, Pani Kinga Szfraniec – żona Pana Cezarego (głównego organizatora), powiedziała mi : „Słuchaj powiem krótko masz to jutro wygrać, bo inaczej będziesz miała ze mną do czynienia.” Jak widać wzięłam sobie te słowa do serca… Nie no, oczywiście żartuję. Pani Kinga to tak sympatyczna osóbka, tak wspaniała kobieta, że ja takiej w życiu nie poznałam. Uwielbiam ją! Po wyścigu Pan Cezary przechodził obok mnie, jak zwykle gdzieś się spiesząc. Jednak jak mnie zauważył pytał od razu : „Jak Ci poszło”. Na co ja rzekłam: „Wygrałam OPEN!” Na co on wytulił mnie i wycałował . No to jak do mnie podchodzą to jest fantastyczna sprawa. Spośród tylu zawodników (prawie 1000), pamiętają moją skromną osobę i cieszą się, naprawdę szczerze się cieszą, z moich zwycięstw. Jest to piękne ! I tak ! TAK! Będę tutaj wracać, choćby dla tych ludzi ! Dla ich ciężkiej pracy! Są niesamowici i absolutnie BEZKONKURENCYJNI w kwestii organizacji wyścigów Tatra Road Race i Nowy Targ Road Challange! Pytałam naszych chłopaków po starcie: „Powiedzcie mi synki, czy w tym co w zeszłym roku pisałam o TRR, jest jakakolwiek przesada?” Wszyscy stwierdzili jednogłośnie : „Miałaś rację. Jest to wspaniały wyścig!” Dlatego namawiam Was WSZYSTKICH spróbujcie pojechać za rok, nie będziecie żałowali. W tym roku było nas już więcej, w przyszłym liczę na WAS! Jestem w stanie Wam zagwarantować wspaniałe emocje! Dziękuję bardzo Wam wszystkim za miłe słowa, uznanie i gratulacje. Ja wiele obserwuję i widziałam tam na miejscu jak chłopaki z drużyny całkowicie szczerze cieszą się moim zwycięstwem - jak swoim ! Niesamowicie mnie to raduje! Nie ma drugiej takiej drużyny! Wasze wsparcie duchowe i szacunek wobec mnie jest dla mnie bardzo, ale to bardzo ważny! Dziękuję też Maćkowi, który ZAWSZE pamięta o moich startach. I mimo, że przebywa w odległej Danii dzień wcześniej napisał do mnie bardzo motywującego SMS-a, życząc mi powodzenia. Dziękuję Maciek za pamięć i miłe słowa nie tylko po tym, ale po każdym moim starcie! Czuję, że jako drużyna jesteśmy w tym co robimy – jednością i niechaj tak będzie na dłuuuuugie, dłuuuuugie lata ! 

22.07.2018 05:37:07,Młynek Andrzej

Nie tylko na rowerze, ale także w piórze jesteś mistrzyni. Piękna relacja, dzięki za dobre słowa, masz rację, drużyna na medal i tylko złoty.

22.07.2018 06:07:52,Otfinowski Grzegorz

Tak Seba,tak zrób! Podwójny dysans , podwójna relacja . Tylko kto będzie mnie dopingował na mecie?

22.07.2018 06:13:55,Otfinowski Grzegorz

Angela piękne zwycięstwo i jeszcze piękniejsza relacja. Jesteś skromna i wrażliwa a przez to jeszcze większa !!!


Najbliższe treningi


Ostatni trening
Trening 66
Dnia 13.10.2019
Godzina: 11:00



zobacz wszystkie

Najbliższe treningi juniorzy


Ostatni trening juniorzy
LVI trening
Dnia 24.09.2019
Godzina: 16:00



zobacz wszystkie

Najbliższe zawody

Ostatnie zawody
Cykl:19.10.2019 14:00
Rozegrano

zobacz wszystkie



Marzena Erm



Od 2004 roku we wrześniu spotykamy się na "Rajdzie z metą na Równicy". Zbiórka jest na placu autobusowym przy KWK "Zofiówka". Wspólnie jedziemy do mostu w Ustroniu, gdzie zaczyna się podjazd pod Równicę. Po drodze można w każdym miejscu do nas dołączyć. Start wspólny do wyścigu jest na początku mostu i ścigamy się do linii poboru opłat na Równicy (5 km). Po przyjechaniu wszystkich uczestników udajemy się na mały poczęstunek do schroniska. Zapraszamy wszystkich chętnych.

logo


Ustroń, ul. Skalica

ostatnie wyniki


Stowarzyszenie Klub Kolarski JAS-KÓŁKA zrzesza amatorów dwóch kółek. Naszą kadrę tworzą zarówno rowerzyści, którzy cenią sobie przejażdżki po okolicy, jak i Ci, którzy lubią się pościgać w różnych amatorskich wyścigach. Organizujemy treningi, obozy oraz wyścigi w wspólnym gronie, na które zapraszamy wszystkich chętnych. Członkostwo w klubie jest dla wszystkich, którzy zaakceptują Statut i uchwały oraz uzyskają akceptację Zarządu. Jednym zdaniem - JAS-KÓŁKA jest otwarta dla wszystkich.

skład

19 stycznia 2013r. odbyło się zebranie założycielskie, na którym klub, w obecności 22 osób, przyjmuje oficjalną nazwę Stowarzyszenie Klub Kolarski JAS-KÓŁKA. W skład zarządu wchodzą: Andrzej Młynek - prezes, Eugeniusz Małyjurek - członek, Dariusz Puzoń - członek. Zaś Komisję Rewizyjną tworzą: Marcin Kowol - przewodniczący, Bartłomiej Pala - członek, Piotr Piwoński - członek. 22 lutego zostajemy zarejestrowani w Urzędzie Miasta, otrzymujemy numer ewidencyjny 44. 1 marca otrzymujemy REGON nr 243193367, a 4 marca NIP nr 6332231649. 3 marca startuje strona internetowa www.jas-kolka.pl.
W dniu 11.02.2017r. odbyło się zebranie sprawozdawczo-wyborcze, na którym podsumowano ostatnie cztery lata i wybrano nowe władze klubu. Po wspólnym głosowaniu na stanowisku Prezesa pozostał Andrzej Młynek, do Zarządu zostali powołani Dariusz Puzoń, oraz Dominik Rygała, a do Komisji Rewizyjnej wybrano Marcina Kowola, Sebastiana Matuszaka i Eugeniusza Małyjurka.

statut

likebox